Muzeum
Historyczne Legionowa to jeden z ważniejszych punktów na
kulturalnej mapie naszego miasta. Dyrektor i inicjator powołania tej
placówki Pan Jacek Szczepański opowiada o tym, jak muzeum
powstawało. Historyk zdradza nam jak wspomina czasy spędzone w
murach Konopnickiej, a także kiedy historia stała się jego wielką
pasją.
Jak
zaczęła się Pańska przygoda z muzeum?
Wszystko
zaczęło się nie tak dawno, 10 listopada 2001 roku, kiedy muzeum
zostało otwarte. Wtedy byłem w nim jedyną osobą –
oprowadzającym i administratorem. Zainteresowanie tym miejscem
okazało się jednak duże, że gościłem liczne grupy. W
późniejszym czasie, kiedy muzeum stało się już placówką z
prawdziwego zdarzenia, zostałem jej dyrektorem i na moją głowę
spadło mnóstwo spraw administracyjnych. Niestety od tej pory raczej
rzadko mam okazję osobiście opowiadać po naszych zbiorach gości.
Pewnie
tylko tak zwanym VIP-om?
Nie,
takich ludzi właśnie nie oprowadzam, ponieważ ich przeważnie
historia nie interesuje. Kiedy już udaje mi się na chwilę pomiędzy
spotkaniami, czy oderwać od spraw biurowych wolę poświęcić
czas osobom, które chcą usłyszeć o konkretnych tematach, np. o
historii balonów czy garnizonu.
Jesteśmy
uczennicami LO im. Marii Konopnickiej i wiemy, że jest Pan
absolwentem tej szkoły. Może opowie nam Pan jak wspomina lata tam
spędzone?
To
było dawno temu, ale nie na tyle żebym zapomniał. Chodziłem do
liceum w trybie czteroletnim, w latach 1986–1990. Zgodnie z moimi
zainteresowaniami polonistycznymi i historycznymi wybrałem klasę
humanistyczną. Moim wychowawcą był Pan Stanisław Pazio, który z
tego co mi wiadomo już chyba u was nie uczy. Doskonale zapadła mi w
pamięć Pani Maria Mordzińska. Była bardzo wyrozumiałą
matematyczką, która widząc, że mam zacięcie humanistyczne,
podchodziła do mnie w miarę liberalnie (oczywiście na tyle, na ile
to było możliwe).
Kiedy
uczęszczał Pan do szkoły, już wtedy miał Pan pomysły na
stworzenie muzeum, lub robienia czegoś związanego z historią?
Mając
naście lat życie nie jest uporządkowane i nie planuje się takich
rzeczy. Przynajmniej ja nie planowałem. Jednak zainteresowanie
historią było autentyczne, które zaszczepił we mnie mój
wychowawca jeszcze ze szkoły podstawowej, a później rozwinął pan
S. Pazio. Stworzyłem wtedy swoje małe muzeum w swojej szafie.
Zbierałem jakieś stare guziki, łuski, banknoty, jeździłem na
giełdy staroci, ale tego zbieractwa jeszcze nie wiązałem z
historią Legionowa. Dopiero w maju 1987 r. na tarasie przed wejściem
do LO urządziliśmy I legionowską giełdę staroci.
A
kiedy konkretnie narodziła się idea na utworzenie muzeum?
Pomysł
zrodził się w mojej głowie dzięki współpracy z Towarzystwem
Przyjaciół Legionowa. Oprócz tego, wpływ na to miało moje
osiedle Piaski, na którym się wychowałem. Stało tam sporo
carskich budynków koszarowych, ciekawa architektura, budynki z
czerwonej cegły, brukowane drogi. Między kamieniami można było
znaleźć np. stare guziki czy carskie kopiejki; pobudzało to moją
wyobraźnię i próbowałem się dowiedzieć skąd te pamiątki się
wzięły. Zainteresowanie historią koszar i garnizonu to było
pierwsze i najsilniejsze doświadczenie historii. Jeszcze w liceum
poszedłem na spotkanie Towarzystwa Przyjaciół Legionowa, gdzie
odbyła się dyskusja o tym, skąd się wzięło Legionowo.
Zapowiedziano również wydanie pierwszej książki o tym mieście,
czyli „Dzieje Legionowa” Andrzeja Stawarza. Z ciekawością
sięgnąłem po tę lekturę, ale o koszarach było tylko jedno
zdanie: „(…) mieszkali tam carscy żołnierze”. Autor tej
książki nie odpowiedział na nurtujące mnie pytania. Po
przeczytaniu poczułem niedosyt. I to była główna inspiracja
twórcza. Tak się to właśnie zaczęło.
Jest
Pan zadowolony ze swojej pracy i działania muzeum? A może coś by
Pan zmienił?
Czy
jestem zadowolony? Myślę, że to nie ja mam być zadowolony, a
ludzie odwiedzający muzeum.
Jak
dużą popularnością cieszy się placówka?
Jesteśmy
przede wszystkim nastawieni na edukację młodzieży, mamy ciekawą
ofertę, kilka rodzajów lekcji muzealnych. Może do nas przyjść
nauczyciel z klasą i zrealizować program, ale są również zajęcia
dostosowane do indywidualnych programów naukowych. Z satysfakcją
patrzę na ogromne zainteresowanie naszym muzeum i jestem szczęśliwy,
że powstała taka instytucja. Patrząc kilkanaście lat wstecz, gdy
nie mówiono wiele o historii lokalnej, o początkach naszego miasta,
muszę powiedzieć, że dużo się już zmieniło. Wiele rzeczy udało
się ustalić i spopularyzować. W tej chwili mamy cztery wystawy w
muzeum. Pokazujmy wystawę archeologiczną i o I wojnie świtowej na
naszych terenach oraz ekspozycję o A. i Cz. Centkiewiczach.
Zorganizowaliśmy też wystawę poświęconą dziejom garnizonu w
Legionowie w uratowanym budynku carskim na Piaskach.
Jest
Pan wytrwałym poszukiwaczem, osobą przekonującą do swoich racji.
Gdyby nie Pan tego muzeum z pewnością by dzisiaj nie było.
Konsekwencja
i upór przydały się, ale niewiele mógłbym zrobić gdyby
sprzyjające okoliczności, zaangażowanie władz samorządowych i
przede wszystkim środki unijne. Gdyby nie te pieniądze to pomimo
szczerych chęci, nie byłoby możliwości stworzenia nowoczesnego
muzeum.
Wykłada
Pan na Uniwersytecie w Legionowie, czy ze studentami dzieli się Pan
przede wszystkim swoją wiedzą o Legionowie?
Wykłada
to może za dużo powiedziane, opowiadam o historii Legionowa na
Uniwersytecie Trzeciego Wieku i muszę powiedzieć, że te moje
opowieści cieszą się pewnym zainteresowaniem. Ważną sprawą jest
opowiadanie o krótkiej, ale niezwykle barwnej, lokalnej historii.
Dlaczego
poznawanie lokalnej historii jest takie ważne?
Na
początku myśleliśmy, że jeżeli spopularyzujemy historię lokalną
i będziemy o niej opowiadać to nasza młodzież będzie bardziej
szanowała miejsce, w którym mieszka. Sądziliśmy, że jeśli pozna
dzieje swojej ulicy to będzie dbać o zabytki, ale okazuje się, że
jest to chyba błędne założenie. Dlaczego ją poznajemy? To
pytanie, na które nie mam odpowiedzi. Powiem szczerze, że im dłużej
się tym zajmuję to tym bardziej jestem przekonany, że po prostu
warto tę historię przekazywać. Jestem przekonany, że jest to
pewnego rodzaju wartość życiowa.
Może
to wynika z wewnętrznej potrzeby poznania własnych korzeni?
Z
pewnością.
Pana
działalność ukierunkowana jest bardziej na młodych czy do
starszych mieszkańców Legionowa?
Działamy
jako muzeum na różnych płaszczyznach. Teraz koledzy pojechali z
wystawą do Domu Pomocy Społecznej” „Kombatant”. Dotarcie do
tych osób, które są może trochę zapomniane jest dla nas bardzo
ważne, z resztą od nich można się wiele dowiedzieć. Oferta
edukacyjna nastawiona jest przede wszystkim na dzieci i młodzież. W
obecnym czasie działalność muzeum się rozwija. Realizujemy
chociażby program „Archeologia w pięciu zmysłach” skierowany
jest do dzieci niepełnosprawnych.
Opowiada
Pan o bardzo szerokim spektrum Pańskiej pracy, ponadto wydał Pan
kilka książek oraz jest Pan współzałożycielem i zastępcą
redaktora naczelnego „Rocznika Legionowskiego”. W czym Pan się
najlepiej spełnia - w pisaniu, opowiadaniu czy prowadzeniu muzeum?
Prawdę
powiedziawszy to jeszcze nie wiem. Praca przy „Roczniku
Legionowskim” sprawia mi - mówiąc szczerze - przyjemność
ograniczoną. Wprawdzie pozwala na pewne rzeczy spojrzeć szerzej,
przedyskutować je z innymi badaczami. Jednak ja wolę bardziej pisać
i niż redagować cudze teksty. Kierowanie muzeum też ma swoje
gorsze i lepsze strony.
Domyślamy
się, że najbardziej lubi Pan odkrywać nieznane dotąd fakty z
naszej przeszłości?
To
by było wspaniałe móc oddać się tylko badaniu historii w
archiwach, ale tak jest tylko w świecie idealnym, a nasz świat
składa się z twardej rzeczywistości. Myślę sobie, że liceum to
był dobry czas, można było dużo czytać, a teraz bardzo mi go
brakuje.
Ma
Pan jakiś przepis dla osób, które właśnie nie przepadają za
historią, aby ją polubić?
Nie
zajmować się nią! (śmiech)
Jednak
uczniowie muszą chodzić na lekcje historii i ten przedmiot
zaliczyć…
Cóż
trzeba się po prostu przemóc i pracować. Życie składa się z
ciężkiej pracy, ale bez niej nie ma efektów. To nie kwestia
lubienia, lecz odpowiedzialności. Wybiera się taką szkołę i ma
się świadomość, że kończy się ona maturą, trzeba się uczyć,
bo inaczej się nie zdaje. Myślę, że edukacja dziś wygląda
jednak inaczej, kiedyś z klasy liczącej trzydzieści osób
odsiewano najsłabszych i do matury przystępowało około
dwudziestu. Teraz już tej presji nie ma, więc pewnie łatwiej się
żyje.
Pan
był w szkole prymusem?
Można
powiedzieć, że byłem pośrodku. Wszystko udawało mi się zdawać,
zaliczać, ale jedne rzeczy sprawiały mi większą frajdę, a od
innych trochę stroniłem. Bardzo miłe wspomnienia z biblioteki
szkolnej, gdzie mieliśmy koło łączników bibliotecznych,
spotykaliśmy się, organizowaliśmy różne wydarzenia, jeździliśmy
do teatru. Pamiętam też bardzo aktywnie działający Klub AJA,
gdzie koleżanki i koledzy z różnych klas spotykali, grali na
gitarach, śpiewali. Stworzyli go starsi koledzy Adam, Jacuś, Adam
(od ich imion powstał skrót AJA), którzy należeli do ZSMP,
organizacji, która w ramach czynu społecznego postanowiła stworzyć
klub dla młodzieży.
Gdy
przechodzi Pan obok budynku Liceum to odczuwa Pan satysfakcję?
Raczej
szacunek. Kiedyś między nauczycielem, a uczniem był duży dystans.
W szkole generalnie panowała dyscyplina i kult nauki, tego się nie
zapomina.
Rozmawiały:
Blogerki,
czyli Klaudia Leszczyńska, Anna Miedzik
Korekta:
Patrycja Buraczyńska



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz